sobota, 10 października 2015

Chapter TWENTY (bonus part)

Niall's POV
    Muszę przyznać, że byłem zdenerwowany gdy Lizzie powiedziała mi, co się stało. Byłem kurewsko zły na nią, że tak wybuchła. Chociaż z drugiej strony, nie wyobrażam sobie nawet jak musiała się czuć.
Pieprzyć to wszystko.
Idę z lekarzem wzdłuż jakiegoś korytarza.
-Chciałem pana poinformować, że trochę się pospieszyliśmy z tą cesarką- zaśmiał się.
-Jak to? Czyli...
-Nie! Nie- zaprzeczył szybko, wiedząc o co chcę zapytać.- Pańska żona nie potrzebowała operacji, dlatego jej nie zrobiliśmy. Poród przebiegł prawidłowo. Był jednak długi, dlatego pańska małżonka może być wykończona.- otworzył jakieś duże, białe drzwi.- Gratuluję syna, panie Horan- powiedział, a ja myślałem, że stanie mi serce. Widziałem ją. Leżała na dużym, białym łóżku, zmęczona, ale szczęśliwa, trzymając przy piersi małe zawiniątko. Podszedłem niepewnie bliżej i wyszczerzyłem się jak głupi, widząc dokładnie, że to chłopczyk.
-Mówiłem, że masz w brzuchu młodego piłkarza- powiedziałem dumnie.
-Zamknij się Horan- burknęła blondynka.- Lepiej chodź tutaj, zobaczyć swoje dziecko, a nie- uśmiechnęła się.
-Kiedy przeniosą cię do osobnego pokoju?- spytałem, kreśląc kółka na jej policzku.
-Już w nim jestem, głuptasie!- zachichotała słodko, a ja po prostu myślałem, że się rozpłynę. Kocham ten dźwięk. Kocham jak chichocze. Kocham ją.
-Nie zauważyłem. Skupiłem się raczej na mojej żonie i moim cudownym dziecku.
-Te, nie dodawaj sobie. Żoną będę, jak skończysz trasę, nie wcześniej!
-Wiem- westchnąłem.- Jak się czujesz?
-Cholernie zmęczona i obolała- skrzywiła się.
-I nadal jesteś piękna, jak ty to robisz?- schyliłem się i pocałowałem ją w skroń. Zachichotała znowu, a mały człowieczek na jej rękach dał o sobie znać, zaczynając krzyczeć, płakać, nie wiem. Cokolwiek to było, było straszne.
Blondynka zaczęła nim jakoś tak... Potrząsać? Boże święty, nie mam pojęcia. Od razu się uspokoił. Śmiesznie wyglądał taki mini-człowiek. Widziałem wcześniej Lily, ale no cóż, nie w aż takim mini wydaniu.
Cały czas miał zamknięte oczy i otwartą buzię. Zaczął machać jakoś dziko rękami, póki nie złapał włosów Talie. Później się uspokoił.
- - -
Minęły dokładnie dwa dni, odkąd Talie wyszła ze szpitala. Dostaliśmy z chłopakami wolne na tydzień, z racji tego, że mieliśmy przerwy w koncertach. Na szczęście.
Nie mógłbym zostawić Talie samej. Nie teraz, gdy nasz mały szkrab dopiero co się urodził.
Czułem się winny, bo nie byłem przy mojej Talie podczas ciąży. Czuję się winny, że przełożyłem ślub, ze względu na trasę. Będę czuł się winny, bo nie będę spędzał czasu z moją rodziną.
-O czym tak myślisz?- spytała blondynka, wchodząc do kuchni. Wtuliła się w moje plecy i zaplotła ręce na moim brzuchu. Westchnąłem głośno, gdy mały James/Jake/Noah znowu zaczął płakać. Blondynka odsunęła się ode mnie, kierując do pokoju młodego.
-Odchodzę z zespołu- powiedziałem, gdy znalazła się przy drzwiach.
-Co? Dlaczego?- zmarszczyła brwi.
-Nie mogę pozwolić na to, żebyś przeżywała to samo co Liz- wypuściłem głośno powietrze.- Nie chcę zamartwiać się o was, siedząc na drugim końcu świata. Pieniędzy mamy tyle, że już do końca życia możemy siedzieć na dupie i nic nie robić, a ja nie chcę, żeby moje dziecko wychowywało się bez ojca, zupełnie jak Lily. Nie skrzywdzę go tak.
-Niall...- zaczęła, kręcąc głową.
-Talie- udawałem jej ton z uśmiechem. Zbliżyłem się do niej i położyłem rękę na jej policzku.- Kocham cię, skarbie- szepnąłem i cmoknąłem ją w usta.- Leć do naszego karła- zaśmiałem się.
-Chodź ze mną- uśmiechnęła się i, łapiąc mnie z rękę, pociągnęła w stronę pokoju chłopca.
Obserwowałem dokładnie, jak dziewczyna zajmowała się dzieckiem. Wzięła go delikatnie na ręce, zaczęła z nim chodzić, mówiąc jakieś głupotki, a on momentalnie przestał płakać. Uśmiechnęła się do mnie i podeszłą bliżej. Wziąłem Jake'a ostrożnie na ręce, a uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Pierdolę, mam syna.
-Mój mały chłopiec z moim dużym chłopcem- zaśmiała się Talie, podchodząc bliżej.
-Siedź tam cicho. Cieszę się chwilą, w której nie płacze- za to zdanie dostałem rękę. Zacząłem się śmiać, przez co chłopiec na moich rękach otworzył oczy. Natychmiast się uspokoiłem, a on lustrował mnie wzrokiem. To trochę śmieszne, że miał taki gigantyczny łepek, a takie małe ciało.
Uniósł swoją rączkę do góry i zaczął nią machać, śmiejąc się słodko.
Wow, myślałem, że potrafi tylko płakać.
Ja również się uśmiechnąłem, a on jak gdyby nigdy nic, zamknął oczy i zasnął.
Uniosłem zdezorientowany wzrok na Talie, a ona zaczęła się śmiać. Podeszła do mnie, zabrała chłopca i wsadziła go do łóżeczka.
Wróciła do mnie i słodko pocałowała mnie w usta.
-Myślę, że możemy przejść do czegoś innego- uśmiechnęła się i wplotła palce w moje włosy.
-Och, tak?- złapałem ją w talii i przyciągnąłem bliżej, delikatnie cmokając ją w wargi. Dziewczyna zachichotała i odsunęła się ode mnie, zbiegając na dół. Przewróciłem oczami, ale po chwili również znalazłem się na dole.- Talie?
-Zaraz przyjdę, muszę się wysikać!- krzyknęła z łazienki, a ja usiadłem na kanapie.
Uśmiechnąłem się do siebie, cholera jasna. Nadal to do mnie nie dociera. Mam syna, za trzy miesiące biorę ślub i odchodzę z zespołu.
Przetarłem twarz dłońmi. Boję się, jak zareagują, cóż, wszyscy. Nikt o tym nie wie, oprócz mnie i Talie.
-O czym tak rozmyślasz?- spytała blondynka zza mnie. Chciałem się odwrócić, ale przeszłą przez oparcie i usiadła mi na kolanach. Wtuliła się we mnie i schowała twarz w moją szyję. Objąłem ją i jedną ręką zacząłem gładzić po plecach.
-Nie mogę tego zrozumieć.
-Czego?- odsunęła się ode mnie i spojrzała na mnie. Z tak bliska mogłem dokładnie jej się przyglądać. Nie to, że nie robiłem tego wcześniej.
Jej oczy były tak cholernie niesamowite.- Nie uśmiechaj się jak idiota tylko mi odpowiedz- uderzyła mnie w ramię, a ja tylko poszerzyłem uśmiech.
-Nie mogę się nie uśmiechać, patrząc na ciebie, skarbie- westchnąłem, a ona przewróciła oczami.- Nie mogę zrozumieć, dlaczego jestem takim szczęściarzem- pokręciłem głową, nadal utrzymując z nią kontakt wzrokowy. W odpowiedzi założyła mi ręce na karku i złączyła nasze usta w pocałunku.
Nie wiem ile on trwał, ale zdecydowanie za krótko. Wszystko przez to, że ktoś wszedł do domu.
-Niall, nawet nie kurwa nie denerwuj- wrzasnął od progu Louis.
-Zamknij się idioto!- zamordowałem go właśnie wzrokiem. Dodam, że zrobiłem to z zimną krwią.
Tyle czekałem, żeby zasnął i dał nam chwilę w pokoju, to wparuje taki debil i mi dziecko obudzi. Boże.
-Dobra, przepraszam!- przewrócił oczami. Mam wrażenie, że wszyscy robimy to ostatnio zdecydowanie za często.- Po prostu wkurwia mnie to, że chcesz odejść. Kontrakt kończy się nam dopiero za rok. Ocipiałeś?
-Przecież...- zawahałem się.- Czekaj, skąd o tym wiesz?- zmarszczyłem brwi, a on stał niewzruszony, próbując mi pokazać, że jestem idiotą. Nie ma mowy.- Talie?- spojrzałem na nią, a ona wstała z moich kolan i stanęła przede mną.
-Niall, nie mogę pozwolić, żebyś przez jakąś głupotę odszedł z zespołu. Przecież to twoje życie! muzyka, fanki, koncerty...- wymieniałaby pewnie dalej, ale jej przerwałem.
-Uważasz, że rodzina to jakaś głupota?- spytałem poirytowany. Cholera, nie tyle poirytowany, co zły!
-Jasne, że nie! Ale nie uważasz, że trochę za szybko podjąłeś tą decyzję?
-Nie- odpowiedziałem stanowczo.- Myślałem nad tym od dłuższego czasu. Skończę trasę z wami, ale po tym będzie koniec- zwróciłem się do Louisa.- Nie chcę...
-nie chcesz, żeby dziecko wychowywało się bez ojca- dokończył za mnie, a ja trochę się zdziwiłem.- Głupio mi teraz, ale ja cię rozumiem.
-Chcesz coś przez to powiedzieć?- powiedziała blondynka, odwracając się do niego.
-Huh, cóż... Ja...- przerwał i zaczął się śmiać.
-Louis!- razem z Talie ponagliliśmy go.
-No, jatżbdęojcm- wymruczał. Spojrzałem na blondynkę a ona na mnie.
-Może wyraźniej?- zaproponowała.
-Ja też będę ojcem, okej?
-Oh, kurwa. Czekaj, co?- zamrugałem kilka razy.- Myślałem, że zerwałeś z Eleanor.
-Bo zerwaliśmy! To jest tak jakby...
-Tak jakby, co?
-Wpadka- burkną.- Byliśmy wtedy w Azji. Poszedłem to klubu i... Jakoś tak wyszło.
-Czekaj, przecież jak byliśmy w Azji, ty i El byliście jeszcze razem- zmarszczyłem brwi.- Chcesz powiedzieć, że...
-Uhm, tak.
-O kurwa- Talie zakryła sobie usta ręką. Ja byłem niemniej zdziwiony. Cholera, Louis zdradził Eleanor? To było tak cholernie nieprawdopodobne. Ostatnio chyba nadużywam słowa cholera...
-Wiem, nie musisz mówić- przewrócił oczami szatyn.- Nie gadajmy o tym. Jak Jake?
-James- poprawiła go Talie. Louis spojrzał na mnie i strzelił niedowierzające spojrzenie.
-James?- parsknął.- Serio Horan?
-Ja nadal jestem za Noah!- zacząłem się bronić.
-Mogę go zobaczyć?- zaśmiał się i jak na zawołanie, James zaczął płakać.- Oho, czuję, że ktoś się obudził.
-To wszystko przez ciebie- wytknąłem.- Gdybyś nie wszedł i nie zaczął się wydzierać jak idiota, to prawdopodobnie jeszcze by spał.
-Dobra, zamknij się- westchnął.- Talie, pozwolisz?- wyciągnął do niej ramię, a ona ochoczo je przyjęła, po czym skierowali się do pokoju chłopca.
-Mam się czuć zazdrosny?
-Tak!- odpowiedzieli zgodnie, a ja parsknąłem śmiechem.



______________
Przepraszam, że tak późno. Wiem, że miał być prawie dwa tygodnie temu. I był
Nie wiem, czy ktoś widział, ale faktycznie ten rozdział się pojawił. Na jakieś 20 minut XD
Stwierdziłam, że jest krótki, dupowaty i będziecie na mnie złe XD
No to poprawiłam, mam nadzieję, że się podoba XD
za dużo 'XD'
To zdjęcie takie awciu jest, nie?
Uwielbiam Nallie i nie potrafię ich ze sobą skłócić XD
Mimo, że próbowałam, wyszła jakaś dupa, ale to chyba dobrze hahaha
Jak widzicie, dziecko nie ma jeszcze imienia XD Znaczy się, ma, nawet trzy XD Nie mogłam się dogadać z prawdziwą Talls co do imienia, dlatego stwierdziłam, że na razie będzie bez imienia XD
Dobra, lećcie komentować Misie! xx

środa, 7 października 2015

Chapter TWENTY

-Lizzie, coś się stało?- zapytała zatroskana Talie, wchodząc do mojego tymczasowego pokoju kilka godzin później. Gdy ja cały czas siedziałam w pokoju, próbując odizolować się od świata.
Szczerze? Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć.
Nie widziałam Harry'ego szmat czasu, a gdy tylko się widzimy, cóż, huh, zrywamy. Z jednej strony, nie byłam jakoś mocno przygnębiona, ale z drugiej było mi cholernie przykro. Harry mnie nie zranił, raczej... Zawiódł.
Tak, to dobre określenie.
-Uh, nie. Wszystko w porządku- posłałam jej krzywy uśmiech i dokładnie obserwowałam jak się zbliża. Usiadła koło mnie ostrożnie, bo, nie oszukujmy się, siadanie w jakimkolwiek miejscu z takim brzuchem to wyzwanie.
Tak cholernie jej zazdroszczę.
Ułożyła sobie życie z wspaniałym mężczyzną, z którym niedługo bierze ślub i będzie miała dziecko. Ma wspaniałych rodziców, przyjaciół (nie, nie mówię o sobie) i czego tylko dusza zapragnie. A ja? Spłukana, samotna matka z dzieckiem, która nie umie się ustatkować. Do wszystkiego dochodzi choroba ojca...
-Skarbie, cicho- dziewczyna przyciągnęła mnie do siebie w silnym uścisku. Szloch zawładnął moim ciałem niespodziewanie. Schowałam twarz między jej włosy i postanowiłam dalej moczyć jej ramię.
-Życie jest niesprawiedliwe- żałośnie jęknęłam, a ona zaczęła miarowo pocierać moje plecy.
-Tak, coś o tym wiem- westchnęła, a ja gwałtownie się od niej odsunęłam.
-Nie Talie- parsknęłam śmiechem.- Nie masz o tym pojęcia. Twoje życie jest usrane różami od samego początku- zaczęłam jakoś dziwnie gestykulować rękami. Blondynka zmarszczyła brwi, ale się nie odezwała.- Masz wspaniałych rodziców. Nie musiałaś przeżywać piekła związanego z tragiczną śmiercią brata. Nie masz dziecka z kolesiem, który nawet się nim nie interesuje. Nie jesteś spłukana i nie musisz dorabiać w gównianych kawiarniach co weekend.[1] Twój tata nie zachorował na raka płuc i nie potrzebuje w chuj drogiej operacji w Stanach. Twoje życie jest kurwa idealne, a ty mi mówisz, że coś o tym wiesz?- zaśmiałam się ironicznie.- Przepraszam, ale jesteś żałosna- pokręciłam głową i po prostu wyszłam.
Wyszłam z pokoju, wyszłam z budynku, wyszłam w cholerę.
Szłam szybko wzdłuż głównej ulicy. Jedyne co ze sobą miałam to telefon. Byłam zła. Nie na Talie. Nie na pieprzonego Stylesa. Byłam zła na siebie, że tak łatwo dałam się złamać. Oparłam się plecami o jakieś drzewo i wypuściłam głośno powietrze.
Osunęłam się na ziemię, mając w dupie to, że upierdolę sobie spodnie od ziemi. Schowałam twarz w dłonie i starałam się uspokoić. Wdech, wydech. Wdech. Wydech.
Mój telefon dał o sobie znać, zaczynając wibrować w mojej tylnej kieszeni. Wyciągnęłam go szybko i popatrzyłam na wyświetlacz.
Natalie!
Odrzuciłam od razu połączenie i położyłam telefon na udzie, wcześniej prostując nogi. Telefon znowu zaczął wibrować. Rzuciłam go gdzieś z boku na trawę.
Nie chcę z nią teraz rozmawiać. Znowu coś spierdolę.
- - -
Dopiero po jakiś trzydziestu minutach postanowiłam, że wrócę do domu i przeproszę Talie. Dlaczego nie wcześniej? Bałam się, że powie coś nie fajnego i pogrążę się bardziej.
Odważyłam się odblokować telefon dopiero koło domu. Zobaczyła siedem nieodebranych połączeń od Talls, dwanaście od jej rodziców i dwa od Nialla. Potrząsnęłam głową i szarpnęłam za klamkę. Zmarszczyłam brwi, gdy nie chciała ustąpić. Ponowiłam czynność i, cholera, zaczęłam się denerwować. Zadzwoniłam najpierw do Talie, nic. Do jej rodziców, to samo. Trzęsącą się ręką dzwonię do Nialla.
Trzeci sygnał, nic.
Zaraz się popłaczę. Wypuściłam drżąco powietrze i czekałam dalej.
-Lizzie, dzięki Bogu- usłyszałam głos blondyna w momencie, w którym chciałam odpuścić.- Nic ci nie jest?
-Nie, dlaczego miałoby mi coś być? Z resztą nieważne, coś się stało?
-Nic nie wiesz?- zapytał cicho.
-Nie, a co powinnam wiedzieć?- usłyszałam jak ciężko wzdycha.- Niall!
-Talie...
-Co z Talie?- przygryzłam wargę, czekając na odpowiedź.
-Cholera no! Zaczęła rodzić, a ja nie mogę przy niej być!- warknął poirytowany.
-J-jak to?
-Siedzę na tym pieprzonym korytarzu, a pielęgniarka powiedziała, że nie mogę wejść do sali, bo wystąpiły jakieś komplikacje!
-Boże święty- zachłysnęłam się powietrzem.- W którym jesteś szpitalu?
-Nie mam, kurwa, pojęcia. 
-Niall, proszę cię. Siedzę pod domem jej rodziców i nie wiem co robić. Powiedz mi chociaż gdzie jesteście.
-Harry cię nie odebrał?
-Co? Nie. Dlaczego miałby to zrobić?- zmarszczyłam brwi.
-Miał o zrobienia jedną, kurwa, rzecz- westchnął.- Dlaczego on jest takim pieprzonym idiotą?- mogę się założyć, że szarpał się w tym momencie za włosy.
-Ej, spokojnie. Na pewno jest w drodze. Może utknął w jakimś kor- przerwałam, widząc samochód, wjeżdżający na podjazd.- Już jest, spokojnie- mruknęłam i podbiegłam do auta. Szarpnęłam za klamkę i wsiadłam do środka. Bez przywitania zapięłam pasy i skupiłam się na głosie blondyna.
-Nie mogę być kurwa spokojny! Moja niedoszła żona rodzi trzy tygodnie przed terminem, myślisz, że jak się czuję?
-Myślę, że jesteś zestresowany, wkurwiony na wszystko i cholernie się o nią boisz- westchnęłam.
- - -
Jechaliśmy w cholernej ciszy. Styles trzy razy próbował rozpocząć ze mną rozmowę, ale na marne. Byłam za bardzo zdenerwowana, żeby mówić. Cholera no.
Moja najlepsza przyjaciółka rodzi, właśnie teraz, trzy tygodnie prze terminem. I to przeze mnie. Gdybym na nią, kurwa, nie nawrzeszczała, gdybym się ogarnęła, ona nie miałaby powikłań. Niall nie martwił by się o nią i o ich dziecko. Kurwa, kurwa, kurwa!
Walnęłam ręką w tapicerkę i zaczęłam szybciej oddychać.
-Co jest?- zielonooki patrzył na mnie przez chwilę, po czym wrócił wzrokiem do drogi.
-To wszystko moja wina. To wszystko moja, pieprzona wina- warknęłam, gwałtownie przeczesując włosy.
-Co?- zmarszczył czoło, wjeżdżając na podziemny parking. Nie odpowiedziałam mu. Wyszłam z auta i pobiegłam na górę, do recepcji. Starsza kobieta wskazała mi, gdzie siedzi Niall z rodzicami Talie. Nie czekając na Stylesa, pobiegłam w ich stronę. Gdy tylko zobaczyłam farbowanego idiotę, jak chodzi w tą i tamtą, serce mnie ścisnęło. Odwrócił się do mnie przodem i zatrzymał się. Podeszłam do niego i mocno przytuliłam. Był w takim szoku, że musiałam chwilę poczekać, żeby poczuć jego wielkie łapy na plecach.
-Lekarz mówi, że potrzebna była cesarka, dlatego mnie nie wpuścili- powiedział cicho, a ja zaczerpnęłam gwałtownie powietrze.
-Przeprasza Niall- szepnęłam.- To wszystko moja wina- w tym momencie zaczęłam płakać.
-Lizzie, to niczyja wina...
-To kurwa moja wina!- zaskomliłam w jego ramię.- Przyszłą do mnie do pokoju, chciała mnie pocieszyć. Powiedziała, że wie co czuję. Wyrzuciłam jej całe gówno na twarz. Wszystkie moje obawy, zmartwienia. To kurwa moja wina! Nawrzeszczałam na nią niepotrzebnie. Mogłam się wstrzymać, wiedząc, że jest w zaawansowanej ciąży- rozkleiłam się na dobre. Czułam, jak chłopak sztywnieje.
-Ej, cicho. Wszystko będzie dobrze- powiedział bez przekonania. Wiem, kurwa, że nie będzie dobrze.
-Skarbie, przyszedł lekarz- powiedziała mama Talls i klepnęła blondyna w ramię.- Idź do niego, zajmę się El.



[1]Nie opisywałam tego, bo, przyznam się, zapomniałam ahah, ale przecież musiała jakoś zarabiać na życie, nie? XD
 ___________
Misiunie moje kochane.
Naprawdę byłam zaskoczona tym, że tak szybko wbiliście 5 komentarzy, Pomyślałam wtedy 'okej, należy im się, opublikuję rozdział rano'. Wstaję rano, szykuję się do szkoły, biorę telefon z zamiarem opublikowania rozdziału i... ZONK!
Otwieram naszą dwudziestkę i pustka. Biały ekran.
Wiecie jaka była moja reakcja? -> :O
Dosłownie. Przepraszam, że tak długo czekaliście, ale KOMPLETNIE nie wiedziałam co ma się dziać w rozdziale. (w tajemnicy powiem, że napisałam rozdział 23, a tego nie mogłam, bo nie wiedziałam jak haha)
Mam nadzieję, że go nie zwaliłam i w ogóle.
A teraz!
Możecie wybrać jak będzie wyglądał kolejny rozdział.
Czy ciągniemy perspektywę Lizz, czy Nialla, czy Zayna? :o
(zanim wybierzecie Zayna, już niedługo będzie całkiem dużo jego perspektyw, więc się dobrze zastanówcie;))
Pierwszy komentarz wskazuje perspektywę następnego rozdziału!
(czyli, im szybciej skomntujecie, tym szybciej pojawi się rozdział :))
A teraz!x2
BARDZO, KURCZACZKI, WAM DZIĘKUJĘ. 12 000 WYŚWIETLEŃ I PONAD 200 KOMENTARZY. JEST MOC, CZUJECIE JĄ?
Znowu jestem chora, dlatego jeżeli dzisiaj pojawi się komentarz, wskazujący perspektywę kolejnego rozdziały, ten pojawi się w piątek/sobotę (mam nadzieję, że rozumiecie to zdanie haha)